wtorek, 3 lutego 2015

Kto od miecza wojuje, ten od miecza ginie

Wiele lat temu, za czasów wielkich królów tego kraju, gdy Królestwo Polskie z drewnianego, murowanym się stawało. Pomiędzy poczetem słynnych mężów, walecznych władców i ogromnych warownii swoje miejsce miało małe miasto, ze średniowiecznym zamkiem, którego historia zamknęła się na uszy innych, pod wpływem groźby kary ścięcia. A że topór straszył swoją obecnością na każdym sztandarze, każdym herbie i każdej fladze w okolicy, to absolutnie nikt nie ośmielił się zdradzić tej historii, aż po dzień dzisiejszy. Po wielu latach czas opowiedzieć na głos historię, której niezwykłość mogłaby okryć hańbą drobnego władcę tych południowych ziem. Na imię mu było Gniewomir o przydomku Szlachetny. Słynął on z wielkich działań i prawej ręki. Za żonę pojął sobie kobietę o wielkim sercu, która podzielała jego postępowe spojrzenie na świat i miłość do ludu. Jednakże Gniewomirowi szczęście nie towarzyszyło we wszystkich sferach życia. Gdy przyszedł czas, jego żona wydała na świat córkę, której narodziny były okraszone wielkim świętem w mieście. Gniewomir nie potrafił ukryć wzruszenia, jednak jak większość władców tamtych czasów, oczekiwał on w głębi duszy narodzin syna. Niestety rok w rok Bóg błogosławił go narodzinami kolejnych córek. W ciągu tych lat dorobił się ich dziewięć gdy w mieście zaczęły podnosić się wyrazy współczucia i okrutne szyderstwa. Gniewomir wpadł w gniew i próbował nawet szukać uciechy u innych kobiet, które jak się okazało nie były w stanie spełnić jego wymagań. W ten sposób dorobił się dwudziestu jeden córek, z których ponad połowa była bękartami, silnych wrzodów żołądka od picia odurzających eliksirów oraz przydomka Zawstydzony.

Gniewomir, od tamtejszego dnia mianowany Gniewomirem Zawstydzonym, wpadł w furię i kazał sprowadzić do siebie najstarszą kobietę w okolicy – która budziła jednocześnie strach i szacunek ludu. Przepowiedziała mu ona, że dzisiejszej nocy wydarzy się wola przeznaczenia i jego żona powije mu bliźnięta, które będą potężniejsze niż on sam. Książę odesłał kobietę przepełniony nową nadzieją. Przez kolejne dziewięć miesięcy planował każdy aspekt przyszłości swoich dzieci i otaczał swą żonę ogromną opieką. Gdy nadszedł czas porodu Gniewomir wpadł niecierpliwie do komnaty i odkrył, że owszem, jego żona porodziła mu bliźnięta, ale jak to w jego życiu już wcześniej bywało – były to nie jedna, a aż dwie dziewczynki. Gniewomir wpadł w histerię, swoją żonę kazał ściąć – oskarżając ją o przyniesienie klątwy na jego ród, po czym kazał ściągnąć do siebie starą kobietę aby posłuchać jej wyjaśnień. Na jej oczach zaczął mordować pierwsze dziecko, jednocześnie posyłając swych sługów by ogłosili, że jego synowie narodzili się martwi, a królowa zmarła doznając szoku. W tym samym momencie stara kobieta nakazała mu zaprzestania tego haniebnego czynu i dokonania jej woli. Uratowaną dziewczynkę kazała nazwać imieniem chłopięcym i wychowywać w duchu rycerskim, po czym przemówiła: “czyż wasz monarchistyczny świat nie jest pełen gorszych intryg? Gdy wasze córki sypiają z kuzynostwem, a ojcowie zadowalają się na wojnach cudzymi kobietami?” - po dłuższym namyśle przystał na tą propozycję.

Tamtej nocy, równonocy wiosennej, w święto poświęcone narodzinom nowego życia po mroźnej zimie, dziewczynkę pospiesznie ochrzczono imieniem Jare – i od tamtej pory święto to wpisało się na stałe do kalendarza obchodów starosłowiańskich. Książę dołożył ogromnych starań i wiele złotych monet do procesu uciszania najbliższej służby zamkowej. Prawdziwa płeć jego dziecka trzymana była w ogromnej tajemnicy. Wiele krwi zostało przelanej przy okazji wścibskich dochodzeń ciekawskich. Wtedy kara ścięcia na stałe zadomowiła się wśród książęcej władzy wykonawczej budząc powszechny lęk i niechęć do jakichkolwiek dywagacji. A sama Jare wzrastała w niewiedzy, otoczona wąskim gronem wtajemniczonej służby, czuwającej przy niej w dzień i noc. Okres dorastania spędziła w towarzystwie najznamienitszych nauczycieli sztuk rycerskich, na makabrycznych wyprawach z ojcem, czy jak to w tamtych szczególnych czasach bywało, na nauce typowo chłopięcych zajęć. Jare była szczęśliwa, niczego jej nie brakowało, a każdy kolejny dzień przepełniony był nowymi przygodami. Trzeba też wspomnieć, że dorastając zaczęła przykuwać szczególną uwagę wszystkich okolicznych młodych dam. Łącząc w sobie delikatną urodę z silnym charakterem, który objawiał się przy każdej niebezpiecznej sytuacji. Jare była wysoka, ostrzyżona bardzo krótko, a pod wpływem ciągłych ćwiczeń jej mięśnie ramion zaczęły się uwidaczniać. Lecz nie tylko one. Chłopięce imię i dopisana historia to nie wszystko. Z czasem nakazano jej obwiązywać się materiałami ściśle wokół klatki piersiowej i bioder. A każdego miesiąca upajano ją dziwnymi mieszankami ziół, które powstrzymywały te momenty, gdzie natura próbowała dać o sobie znać.

Książę Gniewomir sam nabawił się schorzeń umysłowych. Na każdym kroku doszukiwał się spisków i możliwości wyjścia prawdy na świat. Takie rzeczy jak nieodpowiedni odcień szaty Jare, czy jej nieuniknione dojrzewanie powodowały w nim szaleństwo, które często skutkowało zakończeniem czyjegoś życia. Jare nie była niemądra. Z czasem domyśliła się, że coś jest przed nią ukrywane. Z jednej strony czuła, że różni się od innych chłopców, a z drugiej strony próbowała im tak bardzo dorównać by w pełni zadowolić swojego ojca. Najbardziej cierpiała z powodu odizolowania jej od jej własnego rodzeństwa. Za najbliższą towarzyszkę obrała sobie jedynie jedenastą córkę jej ojca – owoc jego związku z inną kobietą. Ona jedyna była do niej dopuszczana, z racji przypisania jej chorób psychicznych, które objawiały się odebraniem jej głosu. Marianna milczała od dziecka, poza płaczem w pierwszych latach swego życia nie wydusiła z siebie ani słowa. Gniewomir trzymał ją w swojej twierdzy jako towarzyszkę zabaw swojego jedynego „syna”, bez obaw, że wyjawi jakąkolwiek opinię na temat całej tej sprawy. Jare niezwykle mocno zżyła się z Marianną, od najmłodszych lat przysięgała jej oddanie i dozgonną przyjaźń. Nie miała nikogo więcej, a jej milczenie utrudniało jej poznanie prawdy o sobie.

Jednak z biegiem czasu przyjaźń zaczęła przeradzać się w coś innego, znacznie intensywniejszego. Jare każdej nocy układając się do snu zaczęła tęsknić do ciepłych dłoni Marianny, jej uśmiechu czy nawet widoku jej ust. Gdy zwierzyła się ojcu ze swoich uczuć, on odparł jedynie tajemniczo: „synu, choć tylko w połowie, to jednak jest ona twoją siostrą. Jednakże jestem z ciebie dumny i przejęty do głębi jak doskonale wypełniasz mi przeszłą lukę braku potomka, jak wiele uciechy przynosi mi to dalsze oszukiwanie natury”. Jare nie bardzo potrafiła odnieść tych słów do otaczającej jej rzeczywistości. Aż do dnia gdy jej spotkania z Marianną zaowocowały pocałunkami, czułymi gestami czy pierwszym zduszonym lecz głośnym śmiechem Marianny. Gdy tylko Jare odkryła, że niemożność wydawania przez nią głosu jest tylko nałożoną sobie blokadą, zaczęła pozyskiwać jej zaufanie, które przyniosło im obu wiele prywatnych chwil. Marianna zaczynała mówić, choć tylko w obecności Jare. Ich pierwszym wspólnym sekretem były ich pocałunki, drugim rozmowy, a trzecim?

Wszystkie te wydarzenia doprowadziły do niezrozumiałego ciągu nietypowych sytuacji. Pewnego wieczoru, w jej siedemnaste urodziny, Jare odkryła, że jej ciało nie odbiega za bardzo wyglądem od ciała Marianny. Przynajmniej nie tak, jak powinno odbiegać. Choć nigdy nie było jej dane ujrzeć nagiego ciała mężczyzny, to gdy późnym wieczorem, z rumieńcami na twarzy podglądała Mariannę przy kąpieli – dowiedziała się wszystkiego. Między innymi tego, co jej ojciec miał na myśli ostatnim razem, napominając oszukiwanie natury. Jare była przerażona gdy odkryła, że jest tylko dziwnym tworem, czymś pomiędzy. I jedyną bardziej przerażającą rzeczą było to, że bezpowrotnie mogła utracić miłość Marianny. I co gorsze, jej zaufanie, które skrupulatnie budowała miesiącami.

Jare spędziła cały tydzień w swojej komnacie, odizolowała się od innych jeszcze bardziej. Jej myśli krążyły wokół ucieczki, morderstwa, samobójstwa. Późną nocą, pod pierwszym lepszym pretekstem, wybrała się na przejażdżkę konną, która zawsze ją relaksowała. Dotarła aż na sam skraj lasu gdzie przysiadła i zaczęła rzewnie płakać, pierwszy raz od narodzin, nie będąc za to karconą. Nieuniknione było to, że spotkała tam ową staruchę, która rozpoznała w niej syna władcy. Kobieta stwierdziła tylko, że ścięcia się nie obawia, bo swą głowę już dawno straciła. I opowiedziała jej każdy szczegół narodzin. Choć kobieta wyglądała na pokiereszowaną umysłowo, wszystkie fakty nagle zaczęły układać się w jedną całość. Oprócz historii całej intrygi Jare pierwszy raz usłyszała prawdę na temat śmierci swej matki. Nie zmarła ona przy porodzie, a z ręki jej ojca. Tak jak jej siostra bliźniaczka. Jare nie potrafiła ujarzmić swojego bólu. Kolejny raz przechytrzając straż, która poruszała się za nią jak cień, a która nie doszukała się niebezpieczeństwa w wizycie starej kobiety, udała się do Marianny. Ta zaskoczona i zawstydzona jej wizytą zamilkła na długo. Gdy wysłuchała całej opowieści objęła jej twarz i wyszeptała, że kocha ją mimo wszystko, nie ważne kim jest. Przypieczętowały to wyznanie pocałunkiem i pierwszą wspólną nocą. Marianna odwinęła mocno związane materiały zatoczone wokół piersi i bioder Jare, pozbyła się swoich nocnych szat i przytuliła się czule do jej ciała. Objęła ją od tyłu i ukazała jej całość w lustrze, szepcząc, „to jesteś ty i...” tutaj jakby zatrzymała się na chwilę, myśląc nad rodzajnikiem, dodając później „i jesteś piękna”. Później było trochę niezdarnie, niepewnie, lecz na końcu zasnęły snem mocnym i spokojnym.

Z samego rana, Jare przebudziła się z nową energią. Mari towarzyszyła jej przy porannych przygotowaniach, odziewając ją w w swoje własne szaty. Jednak im bliżej końca tego spotkania, tym bardziej ich śmiech ucichał, przeradzając się w nerwowość. Jare przysięgła jej miłość, jąkając się przy tym niebywale. Pierwszy raz używała w stosunku do siebie słów takich jak „jestem twoJA, będę cię zawsze kochaŁA”. Mari lekko ją pospieszyła, zamartwiając się całym zamkowym harmidrem. Dotarło do nich, że syn władcy jest poszukiwany w każdym zakątku miasta. Jare ucałowała ją delikatnie i opuściła komnatę.

Początkowo zdziwiła się, że nikt z otoczenia jej nie rozpoznał, a potem udała się do pierwszego strażnika, który potraktował ją bardzo nieelegancko. Zszokowało ją to, jak traktowane są tutaj kobiety przez jej osobistych wojowników. Odpowiedziała mu sarkastycznie coś bardzo nieprzystającego damie i gdy ten uniósł rękę w złości, dodała że ma informację gdzie znajduje się syn Księcia. Zabrano ją pod oblicze samego Gniewomira Szlachetnego. Przez chwilę rozważała jeszcze opcję ubliżenia mu, co skończyłoby się dla niej pozbawieniem jej głowy, ale w końcu przemówiła. Gdy zaczęła mówić, Gniewomir nakazał większości z obecnych opuszczenie sali. Od razu ją rozpoznał. Po czym podszedł do niej i uderzył ją w twarz. Nakazał jej się przebrać i wrócić do codziennych obowiązków. Jare złapała swój policzek i zapytała go czy nie obchodzi go gdzie była, co robiła. On tylko wzruszył ramionami, przemawiając przez zęby, że nie uda mu się zniszczyć jego planów. Jare wykrzyczała mu wszystko co zalegało w jej duszy o śmierci jej matki, jej najbliższej siostry i o tresowaniu jej na syna. Ojciec tylko głęboko się zaśmiał, odparł, że powinien być mu wdzięczny, bo zamiast bezproduktywnego życia jakie przeżywają niewiasty, ten otrzymał w darze przygody, edukacje i możliwości. Jare stwierdziła, że nie pozwoli mu na dalsze sterowanie jej życiem. Opowiedziała mu o miłości do Marianny i poprosiła o pozwolenie na sekretne opuszczenie miasta na zawsze. Gniewomir poinformował ją o planach ślubnych, które czekają na nią w jej osiemnaste urodziny. Przez chwilę nawet pomyślała w środku, że zezwala jej na poślubienie Mari. Niestety miał na myśli Katarzynę Twardą – wdowę po trzech kolejnych władcach północnych ziem.

Katarzyna dorobiła się ogromnego majątku, po tym jak jej trzej kolejni mężowie zmarli w niewyjaśnionych okolicznościach prędko po zaślubinach. Przejęła w ten sposób wiele ziem, którymi zarządza od lat, w oczekiwaniu na kolejnego chętnego, który odważy się poprosić o jej rękę. Jare pomyślała, że jest to zbyt skomplikowany sposób aby pozbawić ją życia. Nie rozumiała dlaczego ojciec postanowił wysłać ją na pewną śmierć, po wielu latach wychowywania jej na mężczyznę. Wkrótce jednak Gniewomir przemówił ponownie i wyjaśnił. Na przykład to, że Katarzyna Twarda zamordowała swoich mężów własnymi rękoma – co wcale jej nie uspokoiło. Wspomniał też, że mają wiele wspólnego, że tak jak ona umiłowała sobie Mariannę, tak w identyczny sposób Katarzyna preferuje delikatne ciała dziewek. Emanował dumą i sam gratulował sobie swojej pomysłowości. Bo czyż nie było to dla niego najwłaściwsze wyjście z tej sytuacji z twarzą? Jego jedyny „syn” ożeni się z mocarną kobietą, podwajając zarazem potęgę jego rodu. Przy czym jego małżonka dochowa tajemnicy, uzyskując w ten sposób małżonkę pod przykrywką męża. I odetchnie z ulgą, odcinając spekulacje i domysły na temat swoich preferencji. Gdyby Katarzyna okazała się wartościową osobą mogłyby być nawet szczęśliwe, jednak Jare uciekała wciąż myślami do Marianny, którą kochała najszczerszym sercem. Lecz wiedziała, że ojciec zdolny do zamordowania własnej małżonki, jednym ruchem ręki mógłby dokończyć żywota jej ukochanej.

Mijały tygodnie, a Jare nadal rozmyślała o tym co ma wydarzyć się w jej osiemnaste urodziny. Wróciła do swojej pierwotnej roli i mimo to straż naokoło jej komnaty jakby się podwoiła. Jednak o dziwo, Gniewomir przymykał oko na spotkania zakochanych. Gdy Marianna usłyszała, co czeka jej ukochaną wyglądała na pogodzoną ze swoim losem. Tłumaczyła, że przecież jest synem władcy i musi spełnić swoją powinność. Właściwie, to w połowie była jej siostrą, a w dodatku bękartem bez własności. Wiedziała, że to nie mogło się udać. Napomknęła też, że książę znalazł mężczyznę dla niej. Zaręczyny odbędą się za kilka miesięcy. Jednak mimo to, wciąż okazywała jej czułość, spędzając z Jare wiele upojnych nocy. Robiła wszystko aby ta nie doświadczała smutku czy żalu, a jedynie spełniała każdą jej zachciankę cielesną i zaspokajała każde pragnienie.

Na noc przed zaślubinami Jare z Katarzyną, Marianna przysięgła jej, że nigdy o niej nie zapomni i że zawsze będzie o niej myśleć. Między wierszami podsunęła jej także niepokojącą myśl. Nawiązała do zachowania Katarzyny i odparła: „kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie”. Jare początkowo nie skupiła się na tym po dziś znanym powiedzeniu, a zatopiła się emocjonalnie w ostatnich chwilach spędzonych z Marianną. Była jak w transie, zatapiając się po raz ostatni w jej rozpalonym ciele.

Ta historia mogła skończyć się na wiele sposobów. Jare mogła uciec, jak wiele zakazanych sobie par, mogła wydać swego ojca i ujawnić swą prawdziwą tożsamość, mogła też spróbować pokochać Katarzynę, do czego wiele aranżowanych małżeństw tamtych czasów dążyło. Katarzyna była piękną kobietą, odważną i oddaną. Gotową jednocześnie do wielkich jak i strasznych czynów. Jednak Jare wybrała inną drogę. W ich pierwszą noc, Katarzyna rozpostarła przed nią wizję władania całym krajem, opowiedziała jej historię o Książu Sanguszko czy „samcołożniku” Jerzym Lubomirskim. Upierając się przy tym, że miłość „pieszczotliwych” (jak nazywano gejów w tych ciemnych czasach) nie jest niczym dziwnym, a jedynie udziwnionym przez coraz bardziej panoszący się w sprawach państwa ruch religijny. Katarzyna miała wielkie plany, w tym między innymi utwardzenie pozycji kobiet w społeczeństwie i pod koniec ich wspólnych, mądrych i sprawiedliwych rządów ujawnienie prawdziwej tożsamości Jare. Jednakże Jare nie była zainteresowana potęgą, a całe swoje posiadanie oddałaby za jeden pocałunek Marianny. Chorowała z miłości, serce jej pękało, a umysł przywoływał każde miłe wspomnienie. Gdy Katarzyna zbliżyła się do niej, czule podziwiając dłońmi siłę jej ramion, Jare wstrząsnęło. Katarzyna odparła, że zanim zajmą się wielkimi planami, ukaże jej intensywność miłości między dwiema kobietami. Takiej jakiej nigdy wcześniej nie doświadczyła. Wtedy Jare, powróciła pamięcią do ostatniej nocy spędzonej z Mari, i na myśl o dotknięciu innej kobiety ogarnął ją amok. Chwyciła za sztylet, którym przebiła serce Katarzyny i z nienawiścią wypowiedziała słowa: „intensywność tej miłości miota mną nie od dziś, a doprowadziła mnie do zakończenia twego żywota. Ta która obudziła ten żar powinna być tej nocy u mego boku, a dla ciebie pozostawiam jej słowa: kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie”. Po czym Jare powstała, otarła czoło i uchyliła wrota komnaty, krzycząc na całe gardło: „morderczyni!”

Jak ten kraj długi i szeroki, tak Katarzyna Twarda owiała się opinią morderczyni własnych mężów. Jare z kolei opłynęła sławą, jako pierwszy, który położył kres jej nikczemnej intrygi. Dzięki swoim działaniom, Jare poszerzyła granice władania o wiele krain ku uciesze własnego ojca. Gdy powróciła do swego rodzinnego miasta, stęskniona za widokiem Marianny, jej ojciec dumnie poklepał ją po ramieniu i wyraził zadowolenie ze swego syna. Gdy Jare nakazała przywołać Mariannę, którą nieśmiało planowała pojąć za żonę, nim kto inny tego dokona, Gniewomir nakazał jej przysiąść. Poinformował ją, że jego droga Mari odeszła z zamku na jego polecenie, że już nigdy jej nie odnajdzie. Jare nie rozumiała, przecież obiecała czekać, pamiętać. Wtedy Gniewomir przemówił: „Marianna była córką zwykłej dziwki, czego się spodziewałeś synu? Wielkiej miłości aż po grób? Każdego można wykupić, wystarczy do tego odpowiednia ilość złota, a każde młode serce, takie jak twoje, może omotać kilka romantycznych gestów i zaślepiających upojnych chwil. Mogłem bawić się twoją historią, wpływać na twoje zachowanie, zmienić twoją tożsamość, ale gdy zrozumiałem, że twoim słabym punktem jest serce – wiedziałem że potrzebuje do tego tylko odpowiedniej dziewki. A teraz jesteśmy potężnym rodem, jak nigdy wcześniej. Bądź dumny”.

Tak jak niegdyś stara kobiecina przepowiedziała, Jare była potężna. Po śmierci jej ojca rządziła długo i rozsądnie. Jednak jeszcze przez wiele nocy słyszała niepokojące szepty i całkowicie zatraciła się w swoich wspomnieniach. Z czasem zaczął jej też dokuczać bród zabójstwa, który próbowała zdrapać ze swych rąk. Jare większość reszty swojego życia spędziła w siodle, wojując przemierzała wiele krain. Wciąż miała nadzieję, że odnajdzie swą ukochaną, że odbierze ją choćby siłą i wybaczy jej zdradę. W końcu zmarła od miecza, obierając imię Jare Nieszczęśliwy.

czwartek, 29 stycznia 2015

Obywatelka K432222



       Wraz z nadejściem 2050 roku, kiedy nastroje społeczne sięgnęły dna. Po tym jak dotarło do nas – społeczeństwa polskiego, że już lepiej nie będzie. Że korupcja władz, niewypłacalność emerytalna, przywileje grup czy upadek służby zdrowia to szara codzienność, na którą zgadzaliśmy się latami, na którą przymykaliśmy oczy, od której emigrowaliśmy daleko na zachód lub okłamywaliśmy samych siebie – czekając na lepsze dni. Te lepsze dni nigdy nie nadeszły. Owego 2050 roku, gdy wyglądam za okno widzę narkomanów, zapijaczonych starszych panów czy żebrzących na ulicy – już nie o monetę, a o kawałek chleba. Widzę światło ogniska w opuszczonym blokowisku naprzeciw – bo większość z nas potraciła domy, a jeśli je zachowała to stały się one zimnymi pustostanami bez prądu czy dostępu do wody. Widzę szwendające się grupy ludzi, większość po czterdziestce, bo tak młodych jak ja, jak na lekarstwo. Skutki niżu demograficznego – o tym też mówiono, wszędzie. Każdy to przewidywał, nikt tego nie powstrzymał. Niedługo wymrzemy wszyscy, cały naród – tacy jak ja z głodu lub reszta nas ze starości i z głodu. Lub pozabijamy się wszyscy nawzajem. Mało kto myśli o samobójstwie, ci starsi z obawy przed piekłem, ci nieliczni, młodsi wciąż z każdym zdobytym kęsem chleba liczą na zmianę. Głupcy. Oni nie wierzą już w Boga, który dla jednych jest ostatnią ostoją spokoju, a dla drugich przeklętą baśnią, podstawą do wcześniej stanowionego prawa.
       Politycy z kolei mają się dobrze, sami wyemigrowali, stanowią prawo z innego kontynentu, wydają rozkazy i karmią nas propagandą. O tym jak ciężko pracują nad zmianą obecnego stanu rzeczy, jak blisko upragnionych rozwiązań już są. Jesteśmy własnością pozostawioną samą sobie, gospodarstwem bez gospodarza. Pomiędzy starymi wojennymi melodiami, podniosłymi pieśniami chodzą pogłoski, że mamy zostać przyłączeni do innych państw. Że to nam pomoże i poprawi nasz byt. Z pewnością poprawi byt polityków, i to w odpowiedniej walucie, bo polski złoty już nie istnieje. Prawie każdy mur w mieście pokryty jest rzymską liczbą V – jako przestroga widma piątego rozbioru naszego kraju w połączeniu z symbolem victorii, upragnionej, wyczekiwanej. Niestety pomiędzy kombinowaniem kolejnej racji żywności, a potyczkami o spokojny sen, nikt nie ma ani ochoty, ani siły zmieniać zalęgniętej rzeczywistości. Aż do 2052 roku, wtedy wybuchła rewolucja.
       Był ciepły majowy wieczór, gdy zabarykadowana z pozostałymi dziesięcioma kobietami nerwowo nasłuchiwałam obcych kroków. Nie miałam męża ani dzieci, ani wcześniej ani dzisiaj. Od zawsze dbałam tylko o siebie, a gdy nadeszły te trudne czasy przygarniałam pod swój skromny dach każdego, kto tego potrzebował. Były tutaj kobiety, które straciły mężów, Ida - starsza pani, którą pewnego dnia dosłownie wniosłyśmy umierającą z ulicy. Były też siostry, które pieszczotliwie nazywałyśmy Rączkami – specjalizowały się w drobnych kradzieżach, przynosząc nam zawsze pełne dłonie chleba i tego co akurat udało im się zdobyć. Była tu też moja wieloletnia przyjaciółka Karina, która mimo tego wszystkiego, tego błota w jakim się znajdowałyśmy zawsze potrafiła podnieść mnie na duchu. Sama jej obecność dodawała mi skrzydeł. Zapamiętam ją, jak przebierając nadgniłe ziemniaki podśpiewywała wesoło wulgarne piosenki o władzy, o ludziach, o utraconej miłości. Byłam też i ja, wtedy dwudziestosiedmioletnia kobieta, o kruczoczarnych kręconych włosach, oczach ciemnych jak drewno w naszym ognisku, w których iskierki powoli dogasają. Nosiłam najbardziej wyblakłe i zwyczajne ubrania jakie tylko zdołałam odnaleźć. Nie chciałam przykuwać niczyjej uwagi, chciałam być jak najbardziej przeźroczysta i zapewnić byt im wszystkim. Nie mogło im mnie zabraknąć. Dlatego nosiłam też broń, kulową. Rączki zorganizowały nam kiedyś, z domu jakiegoś myśliwego – świetnie działała jako straszak. Użyłam jej raz i nie żałuję, choć po cichu moje sumienie żałuje za mnie. Od tamtej pory miałyśmy tutaj spokojnie. Nasze, nazwijmy to schronisko, zdobyło swoją popularność jako bezpieczne miejsce dla kobiet, a niebezpieczne dla każdego kto szuka kobiet.
       Ale niestety nadchodziło nieznane. Po rewolucji, do władzy doszło PNK czyli Prawość Naród Katolik. I owszem nasze otoczenie zaczęło się zmieniać. Na ulicach pojawiły się namioty medyczne, zorganizowane zostały ekipy budowlane, służby porządkowe, kościelne, znowu mieliśmy pełne żołądki i czuliśmy się bezpiecznie. Z biegiem miesięcy nasze drzwi nie były już zabarykadowane, a my same zaczęłyśmy myśleć nie o jutrze, a o przyszłości. Zorganizowano powszechny spis ludności. Mieliśmy szansę na odnalezienie swoich bliskich, niektórym z nas nawet się poszczęściło. Oficjalnie zostały nam też po przydzielane prace, mieszkania, domy. Zwłaszcza tym, które zdecydowały się założyć rodziny. PNK rosła w siłę, dawała i nie zabierała, zyskiwała poklask i kolejnych oddanych wyznawców. Nasze miasto zaczęło przypominać miasto. Wszystko wracało do normy, lecz niestety norma dla mnie oznaczała coś innego.
       W ciągu kolejnych trzech lat mój dom zaczął pustoszeć. Pani Ida została zabrana do przytułku dla starszych ludzi, siostry powychodziły za mąż – co stało się ostatnio niemal powszechną modą. Moja przyjaciółka Karina wybrała się do innego miasta, zaraz po przydzieleniu jej do prac edukacyjnych, a ja zostałam wydelegowana do prac społecznych w pobliskim oddziale przydziałów mieszkalnych. Już pierwszego dnia zostałam poinstruowana, że każda próba korupcji będzie surowo karana śmiercią. Każdy mieszkaniec miał oficjalne konto bankowe w jedynym Głównym Banku Państwowym, oficjalny numer obywatela i tak zwaną kartę identyfikacyjną. Określenia „moje” i „nasze” zaczęły nabierać wspólnego znaczenia. Nie było mnie jako jednostki, widniałam jako obywatel numer K432222.
       Po pracy znowu wracałam do mojego mieszkania, gdzie czekała na mnie pozostałość po naszej małej rozbitej rodzinie. Planowałyśmy urządzić swoje pokoje, zorganizować nawet małą zabawę na cześć świętego spokoju. Wtedy zostałam wezwana do Wydziału Spraw Osobistych, przy Urzędzie do Spraw Obywatelskich. Dziewczyny nawet gratulowały mi i wróżyły nagrody za działalność na rzecz kobiet w tamtym trudnym czasie. Osobiście miałam mieszane uczucia, przytuliłam każdą z osobna i prosiłam by o mnie pamiętały.
       Na miejscu czułam się niepewnie. Ze ścian krzyczały propagandowe plakaty o budowaniu przyszłych pokoleń, pracy na rzecz ogółu, a na stolikach zalegały stosy broszur matrymonialnych - „Mężowie/żony do wzięcia”. A w moich oczach wręcz – zapłodnienie na zawołanie. Wezwano mnie do pokoju z ogromnym biurkiem i aktami równo ułożonymi na nim. Odbyłam długą i nieprzyjemną rozmowę na temat swojej przeszłości. Tej, która gdzieś tam widniała w bazach danych, z czasów gdy istniał wolny Internet. Zostałam posądzona o homoseksualizm. Oczywiście dostałam ultimatum, miałam pół roku na założenie rodziny, a cała sprawa zostałaby zamknięta. Jednak było to dla mnie nie do przełknięcia. Na moje słowa, że wybieram więzienie urzędnik tylko siarczyście się roześmiał. Poinstruował mnie, że PNK to nie barbarzyńska partia, a miłosierne ugrupowanie o podstawach katolicyzmu. Dorzucił od siebie jeszcze zapomniane „Chłopak, dziewczyna – normalna rodzina!” nie przerywając charakterystycznego, obleśnego śmiechu. Zostałam odesłana na leczenie do ośrodka na wschodzie Polski. Z miejsca, niespakowana, niepożegnana. Z niewygodną myślą, że moje dziewczyny usłyszą najgorsze kłamstwa na mój temat. I przerażona, co stanie się z nimi dalej.
       W Państwowym Ośrodku Leczenie Zboczeń zastałam „swoich” podzielonych na tych załamanych, tych już wypranych i takich, którzy nie mieli zamiaru się uginać. Terapie, modlitwy, zajęcia odbywały się w grupach mieszanych. Prowadzone były głównie przez kobiety, tak aby zminimalizować ryzyko gwałtów, które „mogłyby pogłębić wasz wstręt do mężczyzn” - cytując jedną z naszych terapeutek. Mężczyznom podawano lekarstwa, jak mniemam na spowolnienie popędu seksualnego. Nasze „mentorki po heteroseksualnym świecie” ubrane były od stóp do głów, a my same byłyśmy okryte fioletowymi, bezkształtnymi szatami. Wtedy, w jednej z tych nijakich szmat zobaczyłam najpiękniejszą istotę, jaka kiedykolwiek stąpała po ziemi. Nie wiem czy był to wpływ akurat wyklepanej modlitwy w dobudowanej kapliczce, ale miałam wrażenie, że ciepłe pomarańczowe światło wręcz od niej bije. Jej usta poruszały się delikatnie i rytmicznie, jej oczy zbiegały nieśmiało w dół za każdym razem gdy na nią spoglądałam. Nie mogłyśmy znać swoich imion, rozmawiałyśmy tylko na terapiach, przy superwizji mentorek. Im bardziej była dla mnie niedostępna, tym bardziej chciałam ją sobie udostępnić. Nie mogłam opowiedzieć o niej nikomu, nosiłam w sobie tylko to małe ziarenko, które cicho kiełkowało muskając motyle w moim brzuchu. Zakochałam się w jej mądrości i sposobie mówienia. Na spotkaniach wpatrzona zasłuchiwałam się w jej historiach, które opowiadały między wierszami o jej sposobie patrzenia na świat. Nie wiedziałam czy i co widzi we mnie, ale właśnie ta niepewność zmusiła mnie do bardziej radykalnych działań.
       W moim przypadku terapie nie przynosiły żadnego skutku. Wiem, że większość gejów niosących nad sobą widmo kastracji godziło się na stawiane sobie warunki. Wkrótce opuszczali ośrodek parając wyuczoną niechęcią do mężczyzn. Nam lesbijkom pozostawało przeciąganie kolejnych faz leczenia, pozostając wśród podobnych nam lub popełnianie masowych samobójstw, które były jakby zrzuceniem ciężaru z obowiązków państwa. Po fazie nienawiści do tego miejsca, zaczęłam stopniowo przywykać do tego co tutaj się dzieje. A nie było to trudne, w porównaniu do katorg jakie przechodziłam jeszcze kilka lat temu w domu otoczonym zamieszkami i biedą. Postanowiłam stopniowo udawać proces ozdrowienia, wyraziłam chęć przystąpienia do zakonu i w międzyczasie zostawiałam jej krótkie wiadomości na szybie, która pod wpływem mojego oddechu pokrywała się parą wodną. Po tygodniu przełamała się i napisała „Jestem Ania”. Poznanie jej imienia było dla mnie ważniejsze niż cokolwiek innego na tym świecie. Dostałam skrzydeł i z biegiem czasu nauczyłyśmy się naszej własnej cichej komunikacji. Liczyłam, że w końcu nadejdzie taki dzień, kiedy ktoś o czymś zapomni, że drzwi nie zostaną domknięte, że wydarzy się coś, co pozwoli mi mieć jej głos tylko dla siebie. Przecież my, nawet te mentorki, lekarki, terapeutki – jesteśmy tylko ludźmi. I nie przeliczyłam się. Przy okazji wyjścia do ogrodzonego parku, w zimowy dzień przed Bożym Narodzeniem, gdy nawet tutaj zawitała świąteczna bieganina – stało się. Stałam ukryta w kącie budynku, gdy przyszła ona, skrzypiąc stopami po białym puchu. Wtedy powiedziała mi „witaj” po raz pierwszy. Moje ciało się zagotowało. Jej jasne kosmyki przepięknie kontrastowały ze zmarzniętą czerwieniącą się skórą na policzkach. W jednym momencie dotknęłyśmy swoich dłoni i w tym jednym momencie wiedziałam, że jakiekolwiek one nie były, to miała jakieś uczucia w stosunku do mnie. I to mi wystarczyło by ją pocałować, nieumiejętnie i krótko, ale mocno i czule. I gdy już przedarłam się przez jej słodkie, delikatne wargi wdzierając się swoim językiem w poszukiwaniu jej, dobiegły nas szybkie kroki i musiałyśmy powrócić do poprzednich zajęć.
       Przez kolejne tygodnie moje ziarenko rozrosło się do postaci bujnej, egzotycznej roślinności. Nie potrafiłyśmy maskować się tak dobrze jak wcześniej. Musiałam patrzeć na nią więcej i więcej, moje serce domagało się tego. Nasze ramiona muskały się w przejściu, nasze dłonie stykały przy każdej bezpiecznej okazji. Nasze sny wędrowały w ten jeden, jedyny zimowy wieczór. Niestety w naszych oczach też zachodziła zmiana. Stawały się zmęczone, smutne, zatroskane. Kolejnego dnia nakreśliła w powietrzu dwa słowa: „już nie” i zaserwowała mi delikatną łzę, krążącą ku dołowi. Wiedziałam, że albo coś się wydarzy, albo ktoś w końcu odkryje nasz mały sekret. Jedyna zmiana, jaka we mnie zaszła w tym ośrodku, to to że zaczęłam się modlić. Szczerze, rzewnie, ale nie o heteroseksualizm, a o możliwość bycia z Anią.
       Nadeszła kolejna zimna noc, taka sama, jak każda wcześniejsza od dłuższego czasu. Tak przynajmniej myślałam. Gdy krążyłam między jawą, a snem, w myślach między moimi, a jej ustami usłyszałam krzyki i huk. Wyskoczyłam na równe nogi. Usłyszałam płacz Anny, głośne pytania „pielęgniarek” - „kim jest Katarzyna?! Mów!”, wyjrzałam za drzwi i spojrzałam w jej oczy, wynosili ją w kierunku gabinetu, poruszyła ustami wymawiając „kocham cię” w moją stronę i zamarłam. „Pielęgniarki” spojrzały raz na mnie i raz na nią po czym zatrzasnęły moje drzwi. Płakałam samotnie w pokoju, do samego rana.
     Na drugi dzień dowiedziałam się, że Anna mówiła we śnie, że to ją zdradziło. Została przeniesiona natychmiastowo do innego ośrodka. Nie istniała najmniejsza szansa, żebyśmy się ponownie spotkały. Wróciłam do pokoju się pomodlić. I wtedy pierwszy raz pomyślałam o samobójstwie. Powiedziałam o tym tylko Bogu. I zanim wszystko się zaczęło, wszystko się skończyło okraszone szeptem „ja ciebie też kocham Aniu”.